Jesteś tutaj > Strona główna > Dokument

Program

Autor/Źródło

Maciej Markowicz

Instytucja

Gimnazjum nr 37 Integracyjne

Ocena dokumentu:

Przedmiot (etap edukacyjny)

Wiedza o społeczeństwie (Gimnazjum)
Historia (Gimnazjum)

Podstawa programowa

undefined

Obszar edukacyjny

Edukacja historyczna i obywatelska (historia i społeczeństwo, historia, wiedza o społeczeństwie, historia i społeczeństwo (przedmiot uzupełniający), podstawy przedsiębiorczości, ekonomia w praktyce, wychowanie do życia w rodzinie, etyka, filozofia)

Inne dokumenty użytkownika

Wywiad ze świadkiem wydarzeń bydgoskich z 1956 r.

Tagi: wywiad,

Wywiad ze świadkiem wydarzeń bydgoskich z 1956 r., Tadeuszem Żukowskim

 

Może Pan powiedzieć coś o sobie?
Bardzo proszę. Nazywam się Tadeusz Żukowski. Jestem stałym mieszkańcem Bydgoszczy. W tej chwili, jak widać, jestem już emerytem. Mam przy sobie 75 lat i  chętnie  podzielę się swoimi wspomnieniami.  


Przejdźmy myślami do 1956 roku. Dlaczego zdecydowano się na demonstrację?
Od wydarzeń listopadowych 56 roku minęło 55 lat. Były to bardzo głębokie przeżycia. To nie był jakiś wybryk chuligański. To były wydarzenia naprawdę historyczne. W czerwcu 1956 roku były wydarzenia poznańskie. Tam się polała obficie krew. Na ulicach tego miasta zginęło wielu ludzi. Zginął tam także Romek Strzałkowski ulica jest jego imieniem nazwana w centrum poznania i  to jest ta ulica na której on zginął. Był on w waszym wieku, miał chyba 12 lat. Zastrzeliła go pracownica urzędu bezpieczeństwa. Możecie sobie wyobrazić, jacy ludzie byli bezwzględni i bezczelni. Takiego chłopaka i to kobieta go zastrzeliła,  więc byliśmy wszyscy pod wrażeniem. Informacje były bardzo ograniczone i tłumione przez władze. Mimo to  mieliśmy bardzo dużo informacji bezpośrednich z Poznania

Byliśmy też pod wrażeniem  wydarzeń na Węgrzech. To wszystko  tak się skumulowało w naszym społeczeństwie żeśmy byli wszyscy tacy podminowani.  Gomułka doszedł do władzy i liczyliśmy na niego i na  wielkie zmiany, które  zrobi w naszym państwie. Z więzienia wyszedł prymas Polski, Stefan Wyszyński.

Dla nas, młodych ludzi, było to szczególnie dużo przeżyć.

Co stało się z demonstrującymi?
Ci co brali czynny udział zostali potem skazani na więzienie. Ja miałem wówczas 20 lat. Jakoś tak się nie włączyłem, może dlatego nie byłem później  aresztowany. Starsi to byli gapowicze ,patrzyli z boku. Było full młodzieży.

Nadszedł 18 listopada. Jak wspomina Pan tamten dzień?
Była  piękna niedziela listopadowa w Bydgoszczy. O dziwo było  słonecznie i  sucho. Kiedyś nie było telewizji, nie było Internetu, było parę kin. Zaczęto pokazywać filmy amerykańskie. Było takie kino Bałtyk. To było vis a vis tego dzisiejszego McDonalda. Wchodziło się przez podwórze. Nie pamiętam już,  jaki tam był film. W każdym bądź razie, był tam tłok i kolejka po bilety. Wynikła awantura i podobno młody chłopak, gdzieś 18-19 lat, wywołał jakąś większą sprzeczkę. Może ktoś chciał bez kolejki przed niego wejść. Kiedy oni się zaczęli szarpać, zawołano przechodzący obok patrol milicji.  Milicjanci usiłowali ich rozdzielić i jednocześnie tego najbardziej agresywnego złapali i chcieli aresztować. Wtedy przeciwnik tamtego chłopaka, już był po jego stronie! Zaczęła się taka awanturka.  Ludzi szybko się nagromadziło bo byli na spacerach, przechadzkach,  restauracje były pełne. Jak oni usłyszeli, że wybuchła awantura z milicją, no to się zbiegli.  Było może 500-600 osób. Tramwaje Gdańską jechać nie mogły. Nadjeżdżał patrol gazikiem. Zatrzymali tego chłopaka i prowadzili do wozu. W tym czasie dojeżdżał drugi.  W sumie milicjantów było koło 6 czy tam 8,  ale tłum  był o wiele większy. Już nawet na  Placu Wolności zbierali się ludzie. Wszyscy usiłowali ten gazik przewrócić, więc ci milicjanci, widząc, że nie mają żadnych szans z tym tłumem, wsiedli  w  samochody i odjechali. Chłopaka puścili, ale zrobili błąd- zostawili tam tych dwóch nieboraków, tych pierwszych co interweniowali. No i  wtedy zaczęło się. Ktoś tam jednemu z tych milicjantów czapkę zrzucił, drugi już usiłował mu pałkę wyrwać i zaczęli  ich tam przepychać Milicjanci uciekając poszli w górę ul. Gdańską w stronę Chodkiewicza. Tam była Komenda Wojewódzka Milicji Obywatelskiej. Doszli do restauracji. Chcieli  się w niej schować.  Była  to restauracja rybna. Część  ludzi z tego tlumu weszło do niej i, gdyby to byli chuligani to jedni by poszli tych milicjantów wyciągać z zaplecza, a inni by zaczęli rozrabiać.

W tym lokalu nawet jedna szklanka nie została stłuczona. Akurat tam wszedłem, ponieważ  miałem tam znajomego, który był kierownikiem. Ludzie tylko zagrozili, że jeśli nie wyda im tych z zaplecza,  to  oni się włamią i ich zabiorą sami. Kierownik, jak to usłyszał, to  nie miał wyjścia.  Powiedział do milicjantów: „Panowie, proszę, idźcie stąd i niech się dzieje wola nieba.” Oprócz tego wezwał pomocy. I o dziwo nikt nie przyjechał im pomóc.  Ci milicjanci szli Gdańską , skręcili w Chodkiewicza, a tłum za nimi i bez przerwy wołali: „Pachołki moskiewskie, Komuniści, Precz z komuną!” Zaśpiewaliśmy na ulicy hymn i doszliśmy do tej komendy Wojewódzkiej MO.  Tam był płot, ale  został w mgnieniu oka sforsowany. Obok znajdowała się portiernia i inne budynki. Z jednego z nich wyszedł starszy oficer. To było ciekawe zjawisko. On do nich przemówił , a oni go zaatakowali budynku. Ktoś tam tylko  rzucił jednym kamieniem w szybę, ale reszta krzyknęła „nie, nie rzucajcie, nie bić szyb!” Ktoś  jeszcze krzyknął „Idziemy na więzienie wypuścić więźniów”. Po latach doszło do mnie, że mógł to być prowokator po cywilnemu. Wszyscy byli przekonani że bardzo dużo siedziało tam więźniów politycznych, ale akurat na wałach jagiellońskich to siedzieli przestępcy, kryminaliści.  Polityczne więzienie to bylo w Fordonie, więc jak doszli na Wały Jagiellońskie, to jednak tam przemówił rozsądek. Zdobyć więzienie to nie było takie proste, a po co mielibyśmy kryminalistów wypuszczać. Ruszyliśmy zniszczyć zagłuszarkę, która była już  blisko. Pamiętam jeszcze, jak na Nowym Rynku złapali milicjanta biednego. Proszę sobie wyobrazić, że on wpadł do autobusu i pod siedzenie w autobusie wlazł. To dopiero był strach.  Oni i tak  go stamtąd wyciągnęli. Wzięli mu pałkę, pas, czapkę i  przenieśli się na  Wzgórze Dąbrowskiego. Tam było dwóch strażników miejskich. Zostali natychmiast rozbrojeni. Stał też taki budynek piętrowy. On po dzień dzisiejszy tam stoi. Na parterze  były urządzenia, które dawały sygnał do zagłuszania , a przy tym był  masz drewniany mający około dwudziestu paru metrów. Ktoś krzyknął „podpalić to!”. Momentalnie zaczęli mieszkający tam ludzie flagi narodowe wywieszać. Pod tym słupem rozpalono ognisko, mimo to te nie zaczął się on szybko palić. To było za długo, żeby czekać . Po 30 minutach przyjechała Straż, lecz została szybko  odprawiona. Jeden z manifestantów podszedł do kabiny z kijem  i mówi tak: „Słuchaj chłopie, tu się pali tylko ten maszt. Jesteście nie potrzebni, a jak zaraz nie odjedziecie to zaraz ta kabina...” i tak pogroził tym kijem, więc kierowca odjechał. Demonstranci nie mogli długo czekać, więc złapali za linę no i tak zaczęlli „moja-twoja” Słup zaczął się bujać, aż w pewnym momencie już na tyle się rozbujał, że tak na jakiejś 1/3 wysokości złamał się i padł. Szczęście mieli, ze nikogo tam nie ugodziło tym słupem. I wszystko by się już dobrze skończyło. Zaczęliśmy się  rozchodzić do domów. Idę Podgórną, bo mieszkałem na Pomorskiej i tak ludzie się rozchodzą takimi grupkami i trochę jeszcze tą Podgórną idzie tam na Szwederowo lub do Śródmieścia. Tymczasem z Długiej wyjechały z cztery gaziki milicji. Ludzie  tak szli jeden za drugim przy krawężnikach i kto się natknął to go bili. Ja widziałem, że  kobieta z małym dzieckiem szła, a ten drań tą pałą przyrżnął, że  zaczęła wrzeszczeć i wtedy zaczęli wszyscy krzyczeć i  dalej ruszyli na milicję. Po momencie Podgórna zaroiła się, toteż „bohaterowie” szybko do tylu w gaziki i uciekli i wtedy powstal szum.  Ludzie o nich: „Taka łobuzeria, nas pobili idziemy ich zniszczyć!” i  razem poszli prosto posterunek Milicji przy Gdańskiej 117. Jak ktoś już tam został „zaproszony” to był aresztowany. Zbierano tam donosy i orzekano przestępstwa gospodarcze. W Komunie to się kombinował, jak to się mówi po rosyjsku, ludzie „haupturzyli”. Na tym posterunku aresztowano i tam bylo wiezienie. Akurat wtedy nikogo tam nie było, tylko  jeden czy dwóch dyżurnych, więc demonstrujący  włamali się do tego posterunku bez problemu.  Przez okna leciały papiery, reszta tam zaczęła płonąć. W tym czasie nadjechalo wojsko KBW, które miało ze sobą  maski, karabiny, chełmy i szpalerkiem przy krawężnikach tak co 10 metrów jeden żołnierz stał. Środkiem szedł oficer i mówił: „Proszę państwa! Proszę się rozejść do domów, proszę rozejść się, już skończyć z tą awanturą!” Nic przeciwko im nie było krzyczane i jak tak manifestanci przeszli może z 50 metrów ci ostatni co szli tam za nimi rzucali gaz łzawiący. Gaz to jest coś okropnego, też go przecież troche łyknąłem. To tak ostro drapie w gardle, łzawią oczy,  jak człowiek oddycha nos  wciąga wewnątrz potworna rzecz. Wszyscy zaczęli uciekać, bo już nie było wyjścia to już nie przelewki nie ma co tu podskakiwać i wszyscy zaczęli się cofać.  Mieszkałem, tak jak już mówilem , na Pomorskiej i już dochodziłem do ul Śniadeckich to już wojsko gdzieś tam zostalo z tylu, bo my tak szybko biegiem przed tym gazem żeśmy.  Na Śniadeckich  dostałem palką. Uderzył mnie cywil. Jak dostałem palą na plecy,  a miałem do wojska chyba 28 listopada iść,  to jeszcze w wojsku na plecach miałem taki ślad, to się pytali skąd to mam.  Człowiek nawet nic nie chciał mówić o takich rzeczach jak udział w manifestacji.  Kiedy dostałem tą pałką  przewróciłem się i wstałem dałem dyla, i szybko byłem w domu. Wieczorem było jeszcze słychać jak  strzały oddawane były gdzieś na Szwederowie, więc podejrzewam, że ci chłopacy którzy rozbroili tych strażników przy tej zagłuszarce, strzelali sobie z tych karabinów.

Media jakoś informowały o tych zdarzeniach. Możliwa była korespondencja z Zachodem?

Jeśli chodzi o korespondencję z zachodem, to była ona żadna. Co  jakiś czas był lepszy odbiór Wolnej Europy,  bo zagłuszarka nie działała, Niestety potem Rosjanie nabrali wprawy bardzo silne urządzenia w Kaliningradzie i  w Smoleńsku i odbiór pogorszył się.  28 listopada poszedłem do wojska. Wówczas na wszystko zapadła kurtyna. Kiedy poznałem bliżej kolegów dyskutowaliśmy o 1956 roku. Jeśli chodzi o informacje w gazetach, to było to  opisane krótko: ”chuliganie próbowali zakłócić spokój , wywołali zamieszki

Jak dalej potoczyły się Pana losy. Mówił Pan, że poszedł do wojska. Nie bał się ani trochę, że ktoś Pana posądzi o udział w demonstracji?
To było takie przeżycie głębokie, ponieważ człowiek był zniewolony przez tyle lat. Nagle mogliśmy iść centralną ulicą i krzyczeć „Precz z Komuną” itd. Ja nie poniosłem żadnych konsekwencji. Podejrzewam, że miałem szczęście, że nikt mnie nie zapamiętał. Jestem po dzień dzisiejszy zdziwiony, iż  tych tam 13 czy 14 chłopaków aresztowano. Teraz jestem ciekawy kto ich zakapował, że ich po prostu na następny dzień z zakładów pracy wzięto. Wyroki nie były straszne, ale zanim one  zapadły, to ja już sobie wyobrażam, jak oni byli traktowani w tych aresztach. W tamtych czasach to w aresztach nie  było prawa człowieka- tam było tylko prawo pałki.

Wydarzenia z 18 listopada to było Pana jedyne „spotkanie”  z komunistycznymi władzami?
To były straszne czasy. Najgorszy był urząd bezpieczeństwa przy Markwarta. Tam mojego kolegi stryj  poszedł i nigdy nie wrócił. Mojego ojca to chyba jakiś cud uratował. Dali mu takie  poduszki do stempli. I ta poduszka była koloru czerwonego. Ojciec był troszeczkę na rauszu i mówi: „Ja nie znoszę koloru czerwonego! Dajcie mi inny.” Ledwo się potem z tego wymigał. Ja też odczułem na własnej skórze rządy komunistyczne. Byłem w drugiej klasie liceum pedagogicznego i miałem zdawać egzamin. Nagle zostałem wezwany do dyrektora, a on mówi tak: „Proszę niech Pan spocznie”. Ja zrobiłem duże oczy. Jak to „Pan”? Już myślałem, że mnie z kimś pomylił. Siadam, a on: „Muszę zakomunikować bardzo nieprzyjemną sprawę. Od dzisiaj nie jest Pan słuchaczem naszej szkoły.  Proszę nie zadawać żadnych pytań. Jutro nie wolno Panu przyjść do szkoły.” Byłem niesamowicie zdziwiony. Nie wiedziałem o co chodzi. Okazało się, że za co ktoś na mnie doniósł.  Trzymałem dziecko do chrztu  po sąsiedzku. Młody byłem , więc się udzielałem się społecznie. Ktoś doniósł, jak może być w  Socjalistycznej Polsce Ludowej nauczyciel, który dzieci do chrztu trzyma. To  przecież niewyobrażalna sprawa, więc zostałem wyrzucony. Dziś mamy niepodległa Polskę, więc cieszmy się, że możemy się spotkać  i porozmawiać. W tamtych czasach to byłoby niemożliwe.

Pliki do pobrania
Wywiad ze światkiem wydarzeń bydgoskich z 1956r (Autor: Sebastian )
Wywiad ze światkiem wydarzeń bydgoskich z Tadeuszem Żukowskim
Mapa