Jesteś tutaj > Strona główna > Dokument

Program

Autor/Źródło

Lange Natalia

Instytucja

Gimnazjum w Szemudzie

Ocena dokumentu:

Inne dokumenty użytkownika

Maciej Miecznikowski

W ramach naszego projektu chcieliśmy przedstawić sylwetki sławnych osób pochodzących z naszych okolic. 
 

Maciej Miecznikowski urodził się 14 lipca 1969 r w Pobłociu, na Kaszubach. W rodzinnym domu rozmawiali tylko po polsku, a tym bardziej w szkole, bo komuna nie uznawała języka kaszubskiego. Nauczył się go jednak, słuchając swoich sąsiadów i znajomych, którzy się nim posługiwali. Przyznaje sie nawet do tego, że w jego obecnym domu rodzinnym używa się miektórych kaszubskiech zwrotów jak "smaczi to?” (smakuje?), „laczki” (kapcie), a także „smechy” (to paproszki na ubraniu, takie zmechacone maleńkie kuleczki). „Sznepelnik” znaczy chusteczka do nosa.

W jego rodzinnej wiosce mieszkało 16 rodzin. Była tam tylko szkoła podstawowa i sklep spożywczy (czyli „skład”, bo po kaszubsku „sklep” znaczy piwnica). Maciej Miecznikowski mówi też, że uwielbiał czytać, z literkami radził sobie już jako czterolatek. Mieli w domu całą kolekcję książek po swoim wujku, profesorze wykładającym w seminarium duchownym w Pelplinie. Z pięć razy przeczytał „Robinsona Crusoe”, znał całego Verne’a i Wańkowicza, uwielbiał „Dzieci z Bullerbyn” i „Białego Kła”. Do końca życia nie zapomni również chwili, gdy pani czytała całej klasie „Antka”. À propos szkoły, trzeba wspomnieć także o tym, że cała jego rodzina to nauczyciele. Mama była dyrektorką szkoły i jednocześnie uczyła w niej matematyki, a ojciec uczył historii. Mało tego: nauczycielskie tradycje do dziś są podtrzymywane, bo jego starszy brat Tomasz uczy historii, a jego żona jest polonistką. Sam Maciej też miał być nauczycielem, ale nie wyszło. Podczas studiów w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Słupsku tylko dwa dni spędził na szkolnych praktykach. Nie potrafił utrzymać dyscypliny. Potrafił tylko bawić się z dzieciakami. Nastawiał wszystkim piątek i zrezygnował z pracy, a po dwóch latach zmienił także uczelnię.

Piosenkarz marzył o swoim pokoju. Pojawił się późno. Na strychu. Wyłudził od żołnierzy siatkę maskującą i pod nią miał łóżko oraz gramofon. Na OHP-ie w NRD, gdzie przerzucał zboże z jednej sterty na drugą, nabył swoje pierwsze płyty: Raya Charlesa i Erica Dolphy’ego. O tym drugim nawet nie słyszał, ale kupował wszystko, co jazzowe. Ludzie pukali się w głowę, bo to rożen trzeba było przywieźć, a nie jakieś płyty. Ale na rożen także wystarczyło.

Jako dziecko dużo śpiewał. Zawsze i wszędzie. I wszystko, co wpadło mu w ucho, w tym „Kocha się raz, potem drugi i trzeci, i znów”. Jego mama najwyraźniej strasznie się tym przejęła. W ich okolicy żyła pewna ważna dla wszystkich postać - grający na skrzypcach emerytowany nauczyciel pan Kalinowski. Maciej pośpiewał z nim trochę i zapadł wyrok. „Ma talent” – powiedział mamie pan Kalinowski. Miał wtedy osiem lat, więc w szkole muzycznej trafił na akordeon (straszną cyję), bo na pianino był już za stary, a później w związku z tym, że miał problemy z kręgosłupem, cyja, dzięki Bogu, zamieniła się w trąbkę. Pewnego dnia jakaś jego daleka rodzina wyjechała na zawsze do Stanów. I do jego domu przyjechało pianino. To był ten moment, by znów zmienić instrument!

Maciej był znany z tego, że robił koncerty dla całej wioski. Stawał na górce, na której położona jest szkoła, i grał na trąbce. Podobno dwie wioski dalej było go słychać Gdy jego ojciec kupił mu książkę z mazurkami Chopina, siedział nad nią z wypiekami trzy dni z rzędu, bo ciekawiło go, co dalej i dalej. Nie był zamknięty w sobie, ale chodził własnymi drogami.

Do szkoły muzycznej w Wejherowie dojeżdżał autobusem cztery razy w tygodniu, 22 km w jedną stronę. W stanie wojennym miał nawet specjalną bumagę pozwalającą mu chodzić po godzinie policyjnej. W autobusie byli zawsze stłoczeni jak śledzie. Przez cztery lata może raz na tej trasie siedział.

Maciej był ministrantem w parafii. Ale nie takim zwykłym, tylko lepszym. Bo lepsi co robią? Podają szatę księdzu? Nie, to robi trzecia liga. Opłatek? Nic z tego. Elita nie obsługuje, tylko czyta Pismo Święte w czasie mszy. Wcześniej był pięknym sopranikiem, chodził na gorzkie żale i bardzo je przeżywał. Śpiewał 30 zwrotek i chciał jeszcze. Marzył zawsze, by dorwać się do kościelnych organów, i raz mu się udało.

Piosenkarz był  też w młodości  człowiekiem sportu: mistrzem szkoły w ping-pongu, świetnie grał w piłkę nożną i trzymał tylko z najlepszym. Był oczywiście napastnikiem, bo na Kaszubach wszyscy są napastnikami. Teraz jego brat zbudował w Pobłociu wielkie boisko. Stadion niemalże. Zapoczątkował ruch i ma własną drużynę.

Mapa